W poszukiwaniu polskiego mokumentu

Fire-followers, reż. Karolina Breguła

Kiedy pisałam o mokumencie, celowo pominęłam wątek polski. Rodzima tradycja fałszywego dokumentu jest dosyć szczególna. Znajomy znawca tematu zawyrokował niegdyś, że polski mock nie istnieje. Na palcach jednej ręki można wyliczyć przykłady polskich filmów mokumentalnych. Przychodzą do głowy sztubackie wybryki amatorów szczególnego typu produkcji, które spotkać można na festiwalach filmów niezależnych. Ich ostentacyjny ton i marny dowcip odbierają całą przyjemność oglądania, świadczą o świetnej zabawie autorów niekoniecznie zainteresowanych rozrywką widza.

Interesujące, że sytuacja zupełnie inaczej wygląda w Czechach, gdzie zmyślonych dokumentów na przyzwoitym poziomie powstaje mnóstwo. Różnicę tę oczywiście zrzucić można na karb charakterów narodowych, jeśli cokolwiek takiego istnieje. Obdarzeni wyjątkowym poczuciem humoru oraz dystansem do otoczenia nasi południowi sąsiedzi chętnie posługują się mistyfikacją i oszustwem, by ostatecznie wykpić szarą rzeczywistość. Rzeczywistość nie wydaje się być dla nich żadną świętością, skoro uwielbiany niegdyś reżyser Petr Zelenka w Roku diabła bezceremonialnie potraktował postać autentycznego i znanego pieśniarza Jaromira Nohavicy, wymyślając mu zupełnie nowąbiografię. Frywolny stosunek do realu w pełnej krasie podziwiać mogliśmy w obrazie Czeski sen Filipa Remundy i Vita Klusáka, którzy jeszcze jako jeszcze studenci FAMU (odpowiednika naszej Filmówki) na potrzeby produkcji wykreowali nową rzeczywistość. Mówiąc wprost – za pomocą kampanii reklamowej oszukali całkiem sporą grupę Bogu ducha winnych ludzi, wmawiając im, że powstaje nowy supermarket. Efekt – zaskakujący nawet samych pomysłodawców – został sfilmowany i z całą brutalnością zaprezentowany w formie pełnometrażowego filmu kinowego.

Polska tradycja dokumentalna tymczasem jest zdecydowanie poważna, choć nie brak w niej ani dowodów na poczucie humoru twórców, ani tym bardziej na ich dystans wobec rzeczywistości. Trudno jednak po wychowankach Karabasza i Kieślowskiego spodziewać się skłonności do wyśmiewania się z otoczenia, kompromitowania bohaterów czy obnażania filmowej iluzji. Polski dokument przed 1989 rokiem tworzony był z poczuciem misji demaskowania zakłamanej przez propagandę rzeczywistości, a nie filmu jako takiego. Utwory te powstawały z przekonaniem o umiejętności odczytywania przez widzów przekazów audiowizualnych i ukrytych „między wierszami” treści. Wskazanie na bezradność odbiorcy wobec obrazu filmowego znaczyłoby w tej sytuacji racji systemowi. Nic dziwnego zatem, że polskich mokumentów jest jak na lekarstwo, a te które są, pozostawiają wiele do życzenia. MC. Człowiek z winylu Bartosza Warwasa to z pewnością interesująca próba opowiedzenia nowej historii, jednak ani przez sekundę w nią nie wierzę. Film opowiada o tym, że rap tak naprawdę wynalazł młody polski poeta, chcący zaimponować koleżance z solidarnościowej konspiracji. Wykorzystane wypowiedzi znanych osobistości kultury i polityki (w filmie wypowiadają się takie persony jak Krzysztof Zanussi, Lech Wałęsa czy Jerzy Urban) niestety działają na niekorzyść opowiadania. Wyrwane z kontekstu pojedyncze zdania, czasami nawet niepełne i urwane niespodziewanie, sugerują daleko posuniętą manipulację, nie stwarzają iluzji wiarygodnego przekazu. Słabo zainscenizowane sceny z życia głównego bohatera – ni to nagrania archiwalne, ni rekonstrukcje – przypominają, że to jednak fabularna etiuda studencka, a nie żaden dokument.

Dobry przykład polskiego mokumentu to List z Argentyny Grzegorza Packa. Autor przepytuje argentyńskich znajomych Gombrowicza, usiłując dowiedzieć się czegoś o jego życiu prywatnym. Bohaterem filmu jest związany z Polską wenezuelski reżyser Franco de Peña, owładnięty obsesją znalezienia nieślubnego syna autora Ferdydurke. Pacek jako dokumentalista zdaje się świetnie rozumieć naturę mokumentu. Pozwala, by filmowany przez niego kolega z absolutną powagą wdawał się w bezsensowne dialogi ze swoimi rozmówcami, którzy zamiast o Gombrowiczu rozprawiają o pogodzie i owadach. Tym samym odsuwa postać pisarza na dalszy plan i wiedzie widza na manowce. W momencie, kiedy zupełnie zapominamy o przedmiocie poszukiwań, w końcu pojawia się domniemany syn, wprawiając w osłupienie zebranych znajomych, którzy doszukują się w nim cech zmarłego przyjaciela. Pacek pokazuje nam też tych nielicznych nie dających się wciągnąć w jego grę, sceptycznie zerkających na podstawionego aktora.

Grę z konwencją dokumentu z powodzeniem podejmują w Polsce artyści wizualni, a gwoli ścisłości – artystki. Anna Baumgart w filmie Zdobywcy słońca (warto zwrócić uwagę, że w realizacji brał udział Pacek) odtwarza trasę pociągu agitacyjnego, który w 1920 roku wiózł sztukę propagandową ze Związku Radzieckiego przez Polskę, by w pierwszej kolejności wspomóc Niemiecką Partię Komunistyczną, a następnie nieść kaganek rewolucyjnej oświaty dalej na zachód. Do swojego artystycznego śledztwa Baumgart Wykorzystuje materiały filmowe wygrzebane z petersburskiego archiwum, nadając swojemu opowiadaniu autentyczności. Za pomocą drobnych, wzbudzających podejrzliwość, sugestii artystka daje jednak znać widzowi, że nie o takie opowiadanie tu idzie. Kiedy zamiast podpisu z nazwiskiem w trakcie wypowiedzi jednego z ekspertów w filmie pojawia się informacja „Sąd Apelacyjny”, nie mamy już wątpliwości, że historia pociągu jest tylko pretekstem do badania genealogii polskiej awangardy. Baumgart świadomie wykorzystuje konwencję dokumentalną i dekonstruuje ją, zwracając uwagę na zatarte dziś granice pomiędzy prawdą i fikcją.1

Drugim interesującym przypadkiem polskiego mokumentu jest Fire-followers Karoliny Breguły. Akcja filmu rozgrywa się w znajdującym się gdzieś na północnych obrzeżach Europy miasteczku trawionym przez tajemnicze pożary, o wzniecanie których oskarżani są członkowie tajnej organizacji historyków sztuki. Przesłuchiwani przez artystkę bohaterowie opowiadają o rożnych aspektach życia w nieustannym zagrożeniu i sposobach radzenia sobie ze strachem. Równocześnie bohaterowie poruszają też temat sztuki współczesnej, ich stosunku do dzieł i instytucji. Ale w Fire-followers praktycznie od początku coś się nie zgadza: poważny rozmówca z kamienną twarzą nie przerywając swojej wypowiedzi zaczyna karmić wydobytego z torby chomika; małżeństwo w podeszłym wieku zachwala walory świeżo zakupionych kombinezonów przeciwogniowych; grupa mieszkańców uczestniczy w ćwiczeniach pożarowych, polegających na podawaniu sobie wiadra z wodą w kółko; naukowiec w laboratorium prezentuje tytułowe fire followers – ogniolubne rośliny, które rozsiewają się na terenach dotkniętych pożarem. Wśród języków używanych przez bohaterów pojawia się również fikcyjny – przypominający szwedzki, ale wymyślony przez Bregułę. Samo miasteczko również nie istnieje naprawdę, bo jego mieszkańcy – rozmówcy autorki – to w dużej mierze artyści, przedstawiciele świata sztuki i pracownicy instytucji kultury (w tym również i z Polski), a kilka miejsc takich jak plac przed Zamkiem Ujazdowskim i wnętrze Zachęty bez trudu rozpoznają mieszkańcy Warszawy i ci, którzy ją odwiedzają. Szerzący się strach i paranoja dotyczą tu raczej mniej bądź bardziej zdefiniowanego świata sztuki niż autentycznego pożaru.

Zamiast zakończenia, chciałabym wspomnieć jeszcze o tym, że z mokumentem świetnie radzą sobie także krytycy filmowi, co udowodnili Piotr Czerwkawski i Bartosz Czartoryski w wywiadzie z mokumentarystą, kierownikiem katedry Teorii i Historii Mokumentu na Uniwersytecie Harvarda Chizem Zeligiem.




Polecam teksty:
Cała prawda o mockumentach. Profesor Chiz Zelig w rozmowie z Piotrem Czerwkawskim i Bartoszem Czartoryskim, katalog 12. festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty,
Karolina Jabłońska, Co mówią Fire Followers Karoliny Breguły, Obieg 19.04.2013,
Katarzyna Bojarska,
Zdobywcy Słońca, Dziennik Opinii 02.02.2012,
Piotr Mirski, Łże-dokumenty, katalog 12. Festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty.

Fotografia u góry: kadr z filmu Fire-followers, reż. Karolina Breguła, źródło: Touchfilms.


1 Film Zdobywcy słońca – choć funkcjonuje jako samodzielne dzieło – powstał jako część większego projektu artystycznego, na który składa się również książka historyka sztuki Andrzeja Turskiego Parowóz dziejów.

 

Print Friendly