Trzy dni w Meksyku, czyli apoteoza szorstkości według Marka Cousinsa

Fot. materiały prasowe 13. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty

To miał być film o poszukiwaniu śladów Eisensteina w Meksyku, ale O czym jest ten film o miłości? nie jest sentymentalną podróżą po historii kina, lecz zaskakującą wycieczką do wnętrza głowy jego twórcy. Ten osobliwy wideo-pamiętnik stanowi odpowiedź na pytanie „Jak spędzisz samotny czas w obcym mieście, w którym twój idol usiłował niegdyś zrealizować film?” Jeśli jesteś filmowcem i przy okazji masz przy sobie kamerę, to odpowiedź nie nastręcza trudności: zrobisz film. Mark Cousins zaprasza więc widza na trip po swoich duchowych i egzystencjalnych rozterkach, wrzuca go w strumień własnej świadomości, zupełnie nie przejmując się, co odbiorca tych osobistych wynurzeń może sobie o nim pomyśleć. Reżyser opowiada tu o sobie z pełnym ironii dystansem, wychodzi z siebie i staje obok, przygląda się sobie z zewnątrz, uciekając się do trzecioosobowego narratora. Ściślej rzecz ujmując to narratorka, która uzupełnia wewnętrzny monolog bohatera, przemawiającego do wielkiego radzieckiego reżysera. Równocześnie ten osobisty pamiętnik operuje na wielu poziomach kontekstów i odniesień. W głównej mierze chodzi oczywiście o historię kina, w której to dziedzinie Cousins porusza się jak ryba w wodzie. W swoim filmie nawiązuje także do twórczości Virginii Woolf i Franka O’Hary, ilustruje go muzyką PJ Harvey, Johnny’ego Casha czy Bernarda Hermanna. Przy dźwiękach utworów tego ostatniego znowu odzywa się historia kina – w tym właśnie tkwi owa wielopoziomowość.

O czym jest ten film o miłości? to relacja z trzech dni, które Cousins spędził w Mexico City na rozmyślaniach o Eisensteinie. Reżyser wciela się tu w rolę współczesnego flâneura , wędruje po ulicach miasta z kamerą skierowaną na trzymane w dłoni zdjęcie autora Pancernika Potiomkina. Ewentualnie kieruje ją na siebie. W ostateczności Cousins rejestruje fragmenty miasta, objaśniając Eisensteinowi osiągnięcia współczesności takie jak telefony komórkowe, czy samochody z klimatyzacją. Miejsca i ludzie interesują go o tyle, o ile może powiązać je z myślą wielkiego reżysera. Przechodnie to potencjalni rewolucjoniści, a zabawa z dziećmi to wynik fascynacji Eisensteinem, który bardzo cenił sobie ich spontaniczność. Koncentracja na idolu, do którego autor zwraca się pieszczotliwie po imieniu, nie przeszkadza jednak Cousinsowi, by włosy mijanej na ulicy staruszki skojarzyć z fryzurą księżniczki Lei z Gwiezdnych wojen. Ducha radzieckiego konstruktywizmu dostrzega natomiast w konstrukcji wiaduktu; dzieje się to podczas obserwacji chodzącej po jego elemencie muchy. W trakcie tych samotnych wędrówek Cousins ma też swoje prywatne olśnienia, pod koniec przeżywa nawet ekstazę. Na końcu reżyser śni o tym, jak wielki Siergiej chodzi po ulicach z jego własnym zdjęciem, odpowiadając mu na jego pytania i wątpliwości.

Warto zwrócić uwagę, że ten film-pamiętnik został zrealizowany bez udziału ekipy filmowej czy profesjonalnego sprzętu. Cousins sam nakręcił Film o miłości przy użyciu małej, kieszonkowej kamery dla blogerów, którą kupiła mu dziewczyna. Flip to wynalazek sprzed epoki mieszczących wszystko w jednym smartfonów. Posiada maleńki obiektyw ze stałą ogniskową, a nagrania wykonane przy jego pomocy charakteryzują się niezbyt dobrą jakością. Ale za to jest niewielkim i poręcznym narzędziem, jak tradycyjny telefon komórkowy. Obsługa Flipa jest nieskomplikowana ogranicza się do jednego guzika. Można go powiesić na szyi. Nie ma też żadnego problemu, żeby w jednej ręce trzymać kamerę, w drugiej zdjęcie i do tego spacerować po ulicach. Taka kamera pozostaje też zupełnie neutralna dla przechodniów, ponieważ sugeruje rejestrację do celów prywatnych, a nie profesjonalne nagranie, które zostanie wykorzystane publicznie. Małe rozmiary mają jeszcze i tę zaletę, że kamerę można bez problemu umieścić dosłownie wszędzie. W tym sensie Cousins odwołuje się do ważnej w historii kinematografii i niezwykle niegdyś żywej tradycji filmowania na ulicy za pomocą małej kamery, trzymanej w ręku. W ten sposób pracowali wielcy filmowego świata dokumentalnego i eksperymentalnego od Mai Deren przez Roberta Drew, Richarda Leackocka, braci Mayselsów, Mekasów, Dereka Jarmana… Wszyscy ci, którzy sprzeciwiali się kinu w wersji Hollywood, wielkim produkcjom fabularnym, które niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Na stronie internetowej swojego filmu Cousins opis zaczyna od prostego stwierdzenia, że „Ludzie zawsze po prostu wychodzili na zewnątrz i robili filmy”. Po kilku profesjonalnych produkcjach w tym kameralnym utworze na jedną kamerę i własny głos Cousins postanowił przywrócić filmowi jego spontaniczność. Rezygnuje ze scenariusza, scenopisu, z obsady, ekipy, umów, cateringu, w końcu budżetu – tego wszystkiego, czego wymaga profesjonalna produkcja, oparta o duże pieniądze, które najpierw trzeba zainwestować, potem odzyskać, a na koniec jeszcze coś zarobić. Mark Cousins realizuje swój bieda-film za 10 funtów (tak podaje na stronie dzieła) dla czystej przyjemności filmowania i snucia opowieści. Nazywa swoje dzieło filmem ad libitum („ad-lib film”), nawiązując do improwizacji aktorskich w fabułach, zdań i gestów nieprzewidzianych w scenariuszu, które w wielu wypadkach stały się emblematem tytułów, w których się pojawiły, wpisując się na dobre w karty historii kina.1

Konsekwencją użycia kamery kieszonkowej jest słaba jakość obrazu. Flipa trudno nawet nazwać sprzętem amatorskim – ta kamera w ogóle nie mieści się w standardach kinowych, przy słabszym oświetleniu obraz zamienia się w mgławicę kolorowej pikselozy. Obraz jest daleki od doskonałości, niekoniecznie dobrze skadrowany, trzęsie się, nie został też poddany specjalistycznej korekcji barwnej. O jakości nagranego na takim sprzęcie dźwięku też niewiele dobrego da się powiedzieć. O czym jest ten film o miłości? jest zatem zaprzeczeniem tego wszystkiego, do czego przyzwyczaiło nas profesjonalne kino. To apoteoza szorstkości, przypominająca o słabym, ale pełnym uroku obrazie kamer 8mm, które tak uwielbiali niektórzy filmowcy za ich niewielkie rozmiary, za możliwość wyjścia na ulicę i zbliżenia się do ludzi; o przekłamanych kolorach i zwiększonej ziarnistości przeterminowanych „szesnastek”, które za grosze zdobyć można było w czasie czyszczenia magazynów amerykańskiej armii w latach 50-tych. Cousins z pełną świadomością przypomina nam o artystycznej wartości tej technologicznej niedoskonałości w kontekście współczesnych możliwości. Reżyser uważa XXI wiek za czas wyzwolenia kina, które może wreszcie pozwolić sobie na pewien stopień swobody, spontaniczności strukturalnej otwartości, szorstkości formy i subiektywizmu. Zrobił swój film z pasją ale i z pełną odpowiedzialnością, świadomością zawodowego ryzyka, bo film mógł się przecież okazać kompletną klapą. Ale zrealizował go z tym samym zaangażowaniem i wiarą w ruchomy obraz, z jaką robił to Jonas Mekas na ulicach Williamsburga czy Derek Jarman w swoim studio w londyńskim Butler’s Wharf. Nie zapominając przy tym o wielkiej tradycji radzieckiego dokumentu, który wyciągnął kamerę na ulicę i skierował obiektyw na zwykłych ludzi. Cousins Nie porzuca przekonania o wartości warsztatu filmowego profesjonalisty, ponieważ świetnie zdaje sobie sprawę, że spontaniczność i szorstkość nie wystarczą. Odwołując się do tych wszystkich wielkich nazwisk, pamięta o ich znajomości języka filmowego i wyczuciu ruchomego obrazu.


O czym jest ten film o miłości? był jednym z trzech filmów Marka Cousinsa prezentowanym na tegorocznym festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty. Jesienią w kinach zobaczymy jego monumentalne, 15-godzinne dzieło Odyseja filmowa, poświęconej historii kina.Jak przystało na Cousinsa, opowiedzianej subiektywnie rzecz jasna.

Fotografia u góry: O czym jest ten film o miłości?, reż. Mark Cousins, Wielka Brytania 2012


1 Za przykład świetnie służą słynne słowa Dustina Hoffmana jako Ratso w Midnight Cowboy „I am walking here! I am walking here!”

Print Friendly