„Social impact” czyli strategia wpływu

Ledwo skończyłam pisać poprzedni post poświęcony problematyce komunikacji z widownią, a już następnego dnia w Indiewire przeczytałam znaczący tytuł: Here’s Why Social Impact is More Important for Documentaries Than Ever Before, czyli po mniej więcej naszemu Dlaczego wpływ na odbiorców jest dziś tak ważny. To interesująca rozmowa z Christie Marchese i Darcy Heusel – przedstawicielkami Picture Motion, firmy zajmującej się szczególną formą promocji dokumentów. PM ma siedziby w Nowym Jorku, Waszyngtonie i Los Angeles i podobno ma swój udział w komercyjnym sukcesie wielu dokumentów, w tym m.in. głośnego filmu Nierówność dla wszystkich w reżyserii Jacoba Kornblutha. Firma określa się jako „zespół strategów wpływu, którzy wykorzystują moc opowiadanych historii do przyśpieszenia zmiany”.

O jaką zmianę chodzi? Otóż twórcy zazwyczaj realizują swoje filmy z zamiarem wywołania mniej bądź bardziej trwałego efektu u widzów: emocji, dyskusji czy nawet działania. Wyraźnie daje się to odczuć w świecie dokumentu z jego społecznym zacięciem i tendencją do pokazywania faktów pozostających poza centrum zainteresowania mediów. Niejeden film wywołuje u widza bunt wobec rzeczywistości – często ma się ochotę po prostu wstać z fotela i faktycznie podjąć jakieś realne działania, zmierzające do zmiany opisanego przez twórcę stanu rzeczy. Zazwyczaj jednak widz pozostaje sam, gdy wraz z pojawieniem się napisów końcowych nie pada odpowiedź na pytanie „co dalej?” W tym właśnie momencie wkraczają specjaliści z Picture Motion ze swoimi „kampaniami popularyzatorskimi, edukowaniem, motywowaniem widowni (…)”.

Wpływ, zmiana, krytyczne myślenie, postawa obywatelska… pomińmy ten górnolotny bełkot, którym wypełniony jest anglojęzyczny dyskurs dokumentalnej dystrybucji. Działania PM to nie żadne hokus-pokus, ale praca u podstaw w celu dotarcia do właściwej widowni: współpraca z organizacjami, społecznościami, organizowanie wydarzeń towarzyszących (dyskusji, spotkań, warsztatów), budowanie społeczności wokół filmu przez kampanie crowdfundingowe czy media społecznościowe. Chodzi z jednej strony o dotarcie do właściwych odbiorców, którzy mogliby podjąć rzeczywiste działanie, z drugiej natomiast o niezmarnowanie tej energii, która wyrywa widza z fotela z okrzykiem „Do dzieła!”

Działalność PM to zatem coś zupełnie innego niż tradycyjna zwykła zachęta do pójścia do kina i wydania pieniędzy na bilet, ale zapewnienie jakiegoś dalszego ciągu, stworzenia pola do publicznej dyskusji, którą może wywołać film i, ewentualnie, zachęcenia widzów do aktywnego zajęcia się przedstawioną sprawą. Niestety rozmówczynie nie były w stanie określić, czy ich działania mają jakiś efekt w rzeczywistości poza rynkiem filmowym, czy zmiany faktycznie się dokonują i czy ów magiczny „społeczny oddźwięk” jest czynnikiem mierzalnym. Trudno zatem określić, czy takie – z pewnością kosztowne – przedłużanie filmowego życia ma większy sens.

Podobne tendencje daje się zauważyć w dokumencie interaktywnym, który ze swej natury stanowi platformę prowadzenia dyskusji, gromadzenia informacji i budowania społeczności. W założeniu – nieco idealistycznym – zachęceni przez główną narrację projektu widzowie angażują się w dyskusję, która zaczyna żyć własnym życiem. Popularyzacja i zmiana. Niestety możliwość funkcjonowania takiej dyskusji w nieskończoność, a przynajmniej dopóki istnieje internet, jest pozorna. Ożywienie wokół projektu trwa tak długo, jak długo dba o nie producent. Zazwyczaj to krótka chwila tuż po jego publikacji, szumnie zapowiadana funkcja budowania społeczności i generowania rzeczowej dyskusji zamiera wkrótce potem. Trudno oprzeć się wrażeniu, że praca, którą ktoś włożył w całość projektu i jego wymiar interakcyjny, zostaje przynajmniej częściowo zaprzepaszczona.

Taki problem spotkał między innymi jeden z moich ulubionych i-doków, netwars – out of CTRL. Cały projekt miał na celu wywołanie jeśli nie zmiany społecznej, to przynajmniej zwiększenie świadomości o zagrożeniu wojną cyfrową i bezpieczeństwie w poruszaniu się po internecie. Jego częścią jest portal, zbierający z sieci informacje na ten temat, mający pełnić nie tylko funkcję rosnącej encyklopedii, ale także gromadzić i angażować społeczność. Portal był intensywnie aktualizowany na kilka miesięcy przed kwietniową premierą projektu i jeszcze trzy miesiące po niej. Od lipca nie ukazał się na nim żaden nowy artykuł. Przyczyna jest prozaiczna: brak finansowania takiego działania, a bez niego taki projekt nie może funkcjonować: ktoś te informacje przecież musi wyszukiwać, weryfikować, umieszczać na stronie. Na szczęście bez tej części opowieść, jaką snuje cyniczny sprzedawca cyberoręża, pozostaje tak samo wciągająca i wywołuje te same ciarki na plecach.

Bardziej dobitnym przykładem jest inny dokument interaktywny, którego twórca miał to szczęście lub nieszczęście, że jego ostatnie, z rozmachem zrealizowane dzieło, zostało wyprodukowane przez dużą instytucję. Po premierze kolejnych odcinków, życie na forach dyskusyjnych przygasło , choć nie zamarło, ale wymaga pewnej moderacji. Autor, choć nikt już nie opłaca jego pracy, czuje się w obowiązku odpowiadać na pytania i opiekować swoim „dzieckiem”. Robi to oczywiście w tajemnicy, skoro oficjalnie zakończył swoją pracę przy projekcie.

Trudno się dziwić takiemu stanowi rzeczy – producenci przyzwyczajeni są do myślenia o premierze jako końcu swojej działalności. Być może potrzebny jest tu odpowiednik dystrybutora, który w tym modelu zajmowałby się życiem projektu po premierze, działając tak jak Picture Motion dla filmów. Pytanie tylko, co dalej z projektem, którego nie stać już na finansowanie działalności strategów wpływu. I znowu pojawia się pytanie, jak długo to życie po życiu podtrzymywać, kreować, kontrolować. Zastanawiam się też, czy o to właśnie chodzi w dokumencie. Czy dokumentalizm to wywieranie wpływu na rzeczywistość, pobudzanie do dyskusji, czy po prostu dobre opowiadanie o rzeczywistości?

Print Friendly