Snowden w pościeli. O „Citizenfour” Laury Poitras

Kwestia powstania filmu o Edwardzie Snowdenie pozostawała tylko kwestią czasu. Zmęczona medialną burzą i pewna kolejnej biograficznej laurki, nie miałam zamiaru zwracać tę pozycję większej uwagi. Jednak nazwisko podpisane pod tym dziełem sugerowało, że należało go przynajmniej obejrzeć. Nie mam zamiaru dywagować, czy decyzja o wyróżnieniu Citozenfour Laury Poitras Oscarem dyktowana była względami politycznymi czy sztuki filmowej – o moim stosunku do tych nagród pisałam już rok temu. Bardziej interesuje mnie kwestia, że tym razem członkowie Amerykańskiej Akademii Filmowej docenili obraz, który nie ociera się o kicz, nie opowiada kolejnej łzawej historyjki, a wręcz przeciwnie – prowokuje do dyskusji i to nie tylko o tym, co w filmie, ale też o filmie jako takim.

Od początku filmu zastanawiam się, czy to jest film o Snowdenie czy bardziej o samej reżyserce, która okazuje się być zaangażowaną w sprawę uczestniczką wydarzeń, a w kilku momentach siłą sprawczą. Film jest efektem jej trzyletniej pracy nad tematem inwigilacji w Ameryce, choć wykorzystany w nim materiał to właściwie te ostatnie 20 godzin, które zrealizowała z udziałem Snowdena. To nie przypadek, że zajmowała się właśnie tym tematem i bohater jej przyszłego filmu nie nawiązał z nią kontaktu przypadkowo. Bo to Snowden odezwał się do niej pierwszy, w styczniu 2013 roku wysyłając do niej pierwszego zaszyfrowanego maila, podpisanego Citiznefour. Uznał Poitras za odpowiednią osobę na podstawie jej dotychczasowych filmów. Ona sama od 2006 roku była regularnie zatrzymywana i przesłuchiwana za przez służby bezpieczeństwa na amerykańskich lotniskach. Na liście obserwowanych przez tamtejszy Departament Bezpieczeństwa Krajowego (DHS) znalazła się prawdopodobnie z powodu okoliczności związanych z jej wcześniejszym filmem My Country, My Country. Przyczyną mógł być już sam jego temat, bo Poitras opowiadała w nim o życiu Irakijczyków pod amerykańską okupacją (obraz nominowany był do dokumentalnego Oscara, ale decydenci uznali wtedy za lepszą – o nazewnicza ironio! – Niewygodną prawdę – miałki obrazek o kampanii na temat globalnego ocieplenia, którą swego czasu szołmeńsko prowadził były wiceprezydent USA, Al Gore). Poitras była osobą, której Snowden przekazał dokumenty, pokazujące, że Narodowa Agencja Bezpieczeństwa (NSA) zbiera ogromne ilości informacji na temat obywateli amerykańskich. To za jej sprawą materiały te ujrzały światło dzienne. W końcu to ona spotyka się z nim Hongkongu i nagrywa słynną 12-minutową wypowiedź Snowdena, którą znamy z mediów.

Citizenfour to thriller polityczny w trzech aktach, na który w dużym stopniu składa się materiał, jaki Poitras nakręciła w pokoju hotelowym, w którym przez 8 dni towarzyszyła Snowdenowi razem z Glennem Greenwaldem – dziennikarzem, który jako pierwszy opisał i opublikował wykradzione przez byłego pracownika Narodowej Agencji Bezpieczeństwa dokumenty. Powolne tempo narracji, na jakie zdecydowała się Poitras, kontrastuje ze wspomnieniami o migotliwych newsach na temat kolejnych etapów afery. W efekcie czas spędzony w hongkońskim hotelu rozciąga się i gęstnieje jak guma. Brak tu efekciarskiego zaangażowania. Nie ma spisku, skrupulatnie przygotowanego planu, sztabu ludzi, nie mówiąc już o jakimś specjalistycznym sprzęcie szpiegowskim. Okazuje się, że najlepszą ochroną hasła jest założony na głowę i komputer koc. Jest strach, samotność i świadomość, że to wszystko dzieje się naprawdę.

Dla Poitras – uczennicy Pennebakera, Wisemana i braci Maysels, kamera jest świadkiem, a nie narzędziem interpretowania rzeczywistości. Charakterystyczne w filmach reżyserki jest ulokowanie urządzenia na poziomie tułowia, a nie twarzy, której nie chce skrywać za sprzętem. Stąd wynikają nietypowe, czasem nieco przekrzywione kadry. Wierna zasadom swoich mistrzów nie filmuje siebie przeprowadzającej wywiady, zresztą prawie ich nie stosuje, bo – jak sama przyznaje – interesuje ją to, jak jej bohaterowie rozumieją teraźniejszość, a nie jak pamiętają przeszłość. W Citizenfour na ekranie pozostaje niewidoczna, poza tym jednym momentem, kiedy przemyka po krawędzi kadru, żeby podać coś głównemu bohaterowi. Ale choć ukrywa swoją sylwetkę poza kadrem, pozostaje obecna, uczestnicząc w rozmowie i w przywoływanej przez siebie treści korespondencji z pozostałymi bohaterami filmu. Ukrywanie twarzy poza kadrem nie ma oczywiście żadnego związku z atmosferą konspiracji, skoro jej zdjęcia każdy bez problemu sprawdzi w internecie. W trakcie pracy nad Citizenfour Poitras zarzekała się, żeby w filmie ona sama nie występowała jako jedna z postaci, tłumacząc, że to wbrew jej stylowi. Starała się skupić uwagę widza na Snowdenie, ale przez własne uwikłanie w całą historię – również osobiste i emocjonalne – ostatecznie stała się bohaterka własnego obrazu.

Sam Snowden jako medialny ulubieniec jednego sezonu nie wypada zbyt atrakcyjnie: zwyczajny chłopak, któremu nie podobały się metody stosowane przez jego pracodawcę. Cichy, niepozorny i do bólu zwyczajny. Wyróżnia tylko wyśrubowane poczucie przyzwoitości i bagaż niewygodnej wiedzy. Snowden nie ma nic wspólnego z charakterystyczną postacią Juliana Assange’a, którego należy uznać za jego kolegę po fachu. Nie dzieli z nim upodobania do pierwszych stron tabloidów i korzystania z uroków sławy. Wystraszony, w rozgrzebanej pościeli hotelowego łóżka, na pytanie o to, jak się czuje, odpowiada: „Będzie, co będzie”.

Pisząc ten tekst, korzystałam z informacji w artykule George’a Packera Holder of Secrets. Laura Poitras’s closeup view of Edward Snowden, 20.10.2014 „The New Yorker”

Print Friendly