O wspomnieniach i znajdowaniu fotografii na śmietniku. Część 2: Peter is dead.

Clemens Wilhelm "Peter is Dead"

Jakiś czas temu odbyłam interesującą rozmowę z pewnym niemieckim artystą, który zajmuje się różnymi aspektami filmowego medium. Zapytany o preferencje technologiczne, zwrócił uwagę na istotną różnicę pomiędzy filmem analogowym i cyfrowym. Ten pierwszy nawet wtedy, kiedy nie jest wyświetlany, istnieje jako materialny przedmiot, zajmuje określone miejsce w przestrzeni. Kopii filmowej można dotknąć, wymaga ona też odpowiedniej konserwacji i warunków przechowywania. Ten drugi rodzaj nośnika charakteryzuje wyjątkowa ulotność – łatwo zgubić plik na dysku, ścieżkę dostępu, czy link. Kiedy nie da się go odnaleźć albo odtworzyć, film po prostu nie istnieje.

W trakcie tej rozmowy przypomniałam sobie, jak rok wcześniej stanęłam w obliczu dylematu, czy ryzykować dużą (przynajmniej w moim odczuciu) sumę, żeby spróbować odzyskać zbiór moich prywatnych zdjęć i filmów z zepsutego dysku. Nie udzielono mi gwarancji powodzenia operacji – przypadek był beznadziejny, sprawa niełatwa, a duże pliki podobno rzadko da się odzyskać bezbłędnie i w całości. To nie było pytanie o koszt odzyskania danych ale o to, ile warte są dla mnie wspomnienia. Postanowiłam wstrzymać się z decyzją do czasu, aż w przypływie emocji albo gotówki koszty będą mniej odczuwalne. Jednak im dłużej dysk leżał nieużywany, tym bardziej rozluźniała się moja emocjonalna więź z tym, co na nim zapisane, a czego nie mogłam zobaczyć. Jednego jestem pewna: gdyby były to wydruki, odbitki czy negatywy, nie byłabym postawiona przed takim wyborem, bo one same w sobie mają dla mnie materialną wartość, której nie chciałabym się wyrzec.

Jak się okazuje, ludzie jednak wyrzucają prywatne zdjęcia. Dają w ten sposób ciche przyzwolenie ewentualnemu znalazcy na wykorzystanie ich do jemu tylko znanych celów. Jedną z takich zainteresowanych cudzą przeszłością osób okazał się inny niemiecki artysta, Clemens Wilhelm, który w śmietniku własnego domu znalazł zbiór prywatnych fotografii, wykonanych przez człowieka o niewielkiej wrażliwości estetycznej jakimś bardzo prostym aparatem. Ot, zwyczajne zdjęcia rodzinne: z domu, wakacji, spotkań z przyjaciółmi. Artysta twierdzi, że nie wie, kto je wyrzucił ani kogo przedstawiają. Nie zadał sobie trudu, by odnaleźć właścicieli utrwalonych na papierze wizerunków. Jednak bohatera tych obrazów znalazca postanowił w szczególny sposób upamiętnić.

Clemens Wilhelm "Peter is Dead"

Clemens Wilhelm „Peter is Dead”, dzięki uprzejmości CSW Łaźnia

Wilhelm potraktował znalezisko jak puzzle, układając materiały w określonym przez siebie porządku. Dopisał też fikcyjną historię, kierując się – jak sam przyznaje na początku filmu – wskazówkami własnej ciotki, która za ważniejsze od wierności wobec faktów uważała interesujące opowiadanie o rzeczywistości. Znalezione fotografie potraktował zatem jako materiał wyjściowy do realizacji filmu w technice found footage – w tym wypadku technikę tę powinno się chyba nazywać found photo, jeżeli cokolwiek takiego istnieje.

Bohaterem filmu Peter is dead uczynił Wilhelm kierowcę ciężarówki z Berlina Zachodniego. Z elementów niepełnej układanki wydarzeń z cudzego życia powstała opowieść o niemieckim everymanie – przeciętniaku, żyjącym z dnia na dzień bez specjalnych życiowych ambicji. Autor jednak traktuje swoją postać z szacunkiem i pewną dozą czułości. Wymyślona przez niego historia jest na tyle przekonująca, że do ostatniego momentu wierzę w istnienie Petera, jego żony, córki i przyjaciół, przesiadujących w małym pubie, który bohater miał otworzyć po zburzeniu muru berlińskiego. Kiedy pod koniec filmu artysta zdradza widzom kulisy powstania utworu, ja zaczynam jeszcze intensywniej zastanawiać się, kim był człowiek ze zdjęć, a także jakich wydarzeń z jego życia pozbawił nas wszystkich sąsiad Clemensa Wilhelma, który zalał część zbioru sosem pomidorowym z niedokręconego słoika w swoich śmieciach.

W trosce o ochronę wizerunku fotografowanych osób artysta w subtelny sposób zasłania ich twarze. Przecież istnieją gdzieś w realnym świecie i mogą nie chcieć być widoczni na zdjęciach sprzed 20 lat. Poza tym zupełnie nowy kontekst, w jakim umieścił ich teraz Clemens Wilhelm, może się okazać niekorzystny dla pierwowzorów tych postaci. Być może niektórzy z nich już nie żyją, a z pewnością dziś na pewno nie są tymi samymi osobami, którymi byli wtedy, kiedy wykonywano te fotografie. Fotografia jest zatem dla artysty nie tylko budulcem interesującej opowieści, ale przede wszystkim nośnikiem pamięci o ludziach, nawet tych zupełnie nieznanych. Pod koniec filmu Wilhelm zadaje pytanie, czy Peter – jako postać fikcyjna i realna – nie zasługuje, by o nim pamiętano.

Clemens Wilhelm "Peter is Dead"

Clemens Wilhelm „Peter is Dead”, dzięki uprzejmości CSW Łaźnia

Zdjęcia, które Clemens Wilhelm wykorzystał w swoim filmie, zostały znalezione w śmietniku. John Maloof – odkrywca mistrzowskich fotografii ulicznych Vivian Maier – trafił na należace do niej negatywy przypadkiem, szukając czegoś zupełnie innego. W obu sytuacjach spełniony został ten sam warunek: fotografie istniały jako materialne przedmioty, o które można było się dosłownie potknąć. W tym drugim przypadku sprawa jest o tyle ciekawsza, że większość negatywów nie została przez tajemniczą nianię wywołana. Fotografie pozostawały zatem niewidoczne, ale ich nośnik już tak. Małe puszki ze zwiniętą kliszą różnią się od twardego dysku, na którym przechowujemy nie tylko cyfrowe fotografie, ale też mnóstwo innych plików, służących do utrwalania jednego tylko typu danych. Pomimo wszelkich zapewnień o tym, że powstają cyfrowe archiwa służące przechowywaniu prywatnych zbiorów jakoś nie mogę przekonać się do tej nowej wersji pamięci. Do archiwum nie zagląda się przypadkiem, a do katalogu plików nie da się sięgnąć fizycznie po garść czy stertę zdjęć i ich szybko przejrzeć. Stąd moje wątpliwości co do tego, czy sami zostawimy podobne ślady po nas i świecie, w którym żyjemy.

Tymczasem mój dysk ze zdjęciami z kilku dalekich podróży już dawno wylądował na odpowiednim składowisku odpadów. W międzyczasie pojawił się też kolejny problem: jak ten dysk zutylizować i ochronić zapisane dane przed niechcianym odczytem. Co będzie, jeśli ktoś odnajdzie nośnik i dzięki jakiejś metodzie obejrzy moje prywatne zdjęcia? I co z nimi zrobi, jeśli je odnajdzie? Pozostały mi wspomnienia i plik tradycyjnych fotografii wykonanych moim ulubionym dalmierzem Agfy z lat 60., który z uporem maniaka zabieram na wszystkie wycieczki. Wdycham z zadowoleniem zapach utrwalacza i doceniam mój sentyment do analogu.

Film Clemensa Wilhelma Peter is dead w Polsce pokazywany był na kwietniowym festiwalu In Out w CSW Łaźnia w Gdańsku oraz w ramach Biennale WRO w 2013 roku. Dzięki uprzejmości artysty mogą go obejrzeć także i czytelnicy Love te Doc.

Fotografia u góry: Clemens Wilhelm „Peter is Dead”, dzięki uprzejmości CSW Łaźnia.

Print Friendly