Mokument czyli, po co komu prawda

Człowiek pogryzł psa / Man Bites Dog / C’est arrivé près de chez vous, reż. André Bonzel, Rémy Belvaux, Benoît Poelvoorde, Belgia 1992

Mokument (ang. mockumentary) to taka forma filmowa, która opowiada nieprawdziwą historię w oparciu o perswazyjną formę dokumentu. Jest zaprzeczeniem podstawowych cech gatunku, wykorzystuje wiarę widza w prawdziwość informacji przedstawionych na ekranie, kpi z jego naiwności wobec konwencji dokumentalnej. Relacje prawda-fałsz, czy film-obserwowana rzeczywistość nabierają w tej sytuacji zupełnie nowego sensu. Opowiadane przez „fałszywe dokumenty” historie są niekiedy zupełnie nieprawdopodobne, a im większy stopień nieprawdopodobieństwa, tym większą przyjemność sprawiają widzom. Krótko mówiąc, mokument to taki film, który wciska widzom kit. Pytanie na czym polega urok tych filmów i po co w ogóle je robić. Poszukiwanie odpowiedzi nie miałaby sensu, gdyby nie fakt rosnącej popularności takich obrazów, a także kontrowersji, jakie wywołują niekiedy swoją obecnością na ekranach.

Chociaż historia mokumentu sięga lat 40. , to jako osobny nurt kinematografii wyodrębnił on się na dobre dopiero w latach osiemdziesiątych, za sprawą Roba Reinera, reżysera filmu Oto Spinal Tap (This is Spinal Tap, USA 1984) opowiadającego o nieistniejącym zespole heavymetalowym. Reiner w wywiadach określał swój obraz tym właśnie mianem. Nazwa mockumentary jest kontaminacją angielskich słów mock, co oznacza tyle, co kpić, czy wyśmiewać oraz słowa documentary, czyli dokument. A zatem mokument to parodia szalenie poważnej i ciężkiej gatunkowo formuły filmu dokumentalnego. Do podstawowych jego cech zaliczyć należy grę z konwencją i strukturą dokumentu, które w tym wypadku zostają często przerysowane, wypaczone i ośmieszone. Mokument wykorzystuje elementy zazwyczaj odrzucane w procesie filmu dokumentalnego: długie, męczące wywiady, w szczególności nie na temat, momenty bezsensowne czy nawet wprowadzające widza w zażenowanie. Humor wynika tu często z absurdu, przypadkowych zbitek dialogów czy obrazów, tworzących zaskakujące znaczenia, niekiedy pozbawione sensu. Moc mokumentu tkwi również w bezlitosnym kontraście rzeczywistości z wypaczoną perspektywą bohaterów utworu.

Jednym z najlepszych przykładów klasycznych mockumentów jest belgijski film Człowiek pogryzł psa (C’est arrivé près de chez vous, reż. André Bonzel, Rémy Belvaux, Benoît Poelvoorde, Belgia 1992). Stylizowany na kino bezpośrednie obraz obnaża i ośmiesza dokumentalne mity. Kamera śledzi tu rzekomego seryjnego mordercę. Ekipa filmowa pokornie rejestruje zbrodnie i wszystkie brednie, które chętnie wygaduje nie zawsze trzeźwy bohater. Zarówno kamera, jak i montaż nie działają ani na korzyść bohatera, patologicznego wręcz egocentryka, przedstawionego w sposób karykaturalny, ani tym bardziej na korzyść naiwnego otoczenia – ofiary bez zastanowienia wpuszczają mordercę do własnego domu i wdają się z nim w niezwykle szczere acz idiotyczne rozmowy. Film wystawa na próbę piewców etyki dokumentalisty i podaje w wątpliwość bezkrytyczną wiarę w możliwość nieingerencji w obserwowaną rzeczywistość.

Trailer filmu Człowiek pogryzł psa (źródło: Youtube, Crriterion Trailers).

Urok mokumentu tkwi nie tylko w absurdalnym humorze i zakrzywionym obrazie świata, prezentowanym przez bohaterów. Utwór taki tworzy alternatywny świat – im bardziej kompleksowo i konsekwentnie przedstawiony, im bardziej nieprawdopodobny, a równocześnie wiarygodny, tym lepiej. Dochodzimy do momentu, kiedy warto zadać sobie pytanie o to, czym jest dobry mokument i dlaczego niektóre z nich sprawiają widzom tyle radości. Według mnie chodzi tu kunszt opowiadania, precyzyjnie przemyślaną konstrukcję i formę. Wyzwaniem nie jest tu sama historia, bo wystarczy wymyślić dowolną brednię (choć te najbardziej absurdalne i nieprawdopodobne opowieści w zasadzie należą do najlepszych), ale sposób jej przedstawienia – poważny, wiarygodny, na najwyższym poziomie perswazji, z użyciem odpowiednich materiałów i narzędzi. Nie należy mylić mokumentu z konfabulacją, bo ta jest tylko pewną formą obrony. Utożsamiłabym go z raczej z idealną mistyfikacją. Dobrym „fałszywym dokumentem” nie będą więc wygłupy i sztuczne stylizacje, które obnażają się na samym początku zbyt ostentacyjnym okiem puszczanym do widza. Przeciwnie, najlepsze mokumenty to te, w których treść wierzę, pomimo świadomości, że nie mówią prawdy. Nie jest to kwestia naiwności odbiorcy, ale dobrze opowiedzianej historii, jak dowodzi przypadek filmu Pierwsi na Księżycu (Pervye na Lune, reż. Aleksei Fedorchenko, Rosja 2005). Dzięki gigantycznemu budżetowi, zaangażowaniu w realizację ponad tysiąca osób oraz bardzo wiarygodnym inscenizacjom i stylizacjom na materiały archiwalne obraz niemal przekonał mnie, że to Rosjanie odbyli pierwszy lot w kosmos i dotarli na Srebrny Glob jeszcze przed II wojną światową.

Trailer filmu Pierwsi na Księzycu (źródło: Youtube, kanał Wojna i Pokój).

Bardzo interesującym przypadkiem jest film Operacja Luna Williama Karela (Dark Side of the Moon, Francja 2002), paradoksalnie również dotyczący podboju kosmosu. Obraz sugeruje, że misja Apollo 11 nigdy nie miała miejsca, a znane całemu światu ujęcia Neila Armstronga stąpającego po powierzchni Księżyca zostały zrealizowane w studiu filmowym. Autorem zdjęć miałby być nie kto inny jak Stanley Kubrick, który rzekomo otrzymał to tajne zlecenie od – jakżeby inaczej – CIA. Historia okazała się na tyle atrakcyjna, że jak wirus rozpierzchła się po świecie. Funkcjonuje w powszechnej świadomości jako alternatywna, całkiem wiarygodna narracja i pojawia się niekiedy w kolejnych filmach, artykułach i dyskusjach niezależnie od filmu Karela. Wątek obecny jest w pełnym spekulacji obrazie Pokój 237 Rodney’a Aschera (Room 237, USA 2012), filmowej analizie Lśnienia Kubricka, a także w najnowszym projekcie interaktywnym The Trip duetu Kissinger Twins (Wielka Brytania 2012).

Jeszcze dalej w manipulacji faktami i materiałem archiwalnym idzie Morten Hartz Kaplers, reżyser filmu AFR (Dania 2007). Swoją podszytą mocną nutą homoerotyzmu opowieść o fikcyjnym zamachu na duńskiego premiera Andersa Fogha Rassmussena zbudował w głównej mierze z telewizyjnych materiałów archiwalnych. Fragmenty autentycznych wypowiedzi polityków i osób publicznych twórca pozbawił oryginalnego kontekstu, umieścił je w nowym, zestawiając je z innymi wypowiedziami, a także z materiałami, które sam zrealizował. W ten sposób stworzył swoją opowieść, wykorzystując naiwne przekonanie widza o wiarygodności telewizyjnych informacji i ich obiektywizmie. AFR jest ostrą satyrą na współczesne media i – choć oskarżany o przekroczenie granicy dobrego smaku – świetnie obnaża bezbronność odbiorcy wobec montażu, w procesie którego wyssane z palca brednie stają się dla niego wiarygodne.

Oficjalny trailer filmu AFR (źródło: Youtube).

Mokument jest zatem wielkim oszustwem, sztuką bezczelnej manipulacji faktami i emocjami. Przypomina nieco pokaz iluzjonisty, w którego nadprzyrodzone moce nikt przecież nie wierzy, ale wyskakujący z kapelusza królik zawsze spotyka się z uśmiechem i oklaskami. W mokumencie nie chodzi w żadnym razie o zwyczajne oszukanie widza, nie mamy tu do czynienia z próbą przekonania go o prawdziwości tez i faktów wziętych z sufitu ani z indoktrynacją. W swojej grze z konwencją dokumentu i relacją prawda-fałsz mokument wystawia na próbę widza i odsłania jego sprzeczną postawę wobec przekazów audiowizualnych. Z jednej strony naiwnie uważa się on bowiem za odpornego na manipulację, potrafiącego odróżnić prawdę od kłamstwa. Z drugiej – obstaje przy przekonaniu o wiarygodności informacji wizualnych, jakie przekazują mu media. Jest to również wyzwanie dla samego twórcy, który – nie mogąc szukać oparcia w faktach–musi bardzo precyzyjnie budować swoją opowieść. Obnażając dokumentalne mity, mokument ujawnia moc filmowej iluzji, uświadamia, na czym dokładnie polega przyjemność oglądania dobrego filmu.




Fotografia u góry: kadr z filmu Człowiek pogryzł psa, reż. C’est arrivé près de chez vous, reż. André Bonzel, Rémy Belvaux, Benoît Poelvoorde, Belgia 1992.

Print Friendly