„Ilu amerykańskich turystów potrzeba, żeby zabić przewodnika wycieczki?”

Fot. materiały prasowe 13. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty

Konkurs Filmów o Sztuce na tegorocznych Nowych Horyzontach wygrał film, który o sztuce w bezpośredni sposób mówi najmniej spośród pozostałych faworytów. Ale problem z obrazem Chore ptaki umierają łatwo Nicka Facklera polega nie tylko na samej treści, ale na sprzecznych odczuciach jakie budzi wśród widzów. Można go kochać albo nienawidzić, o czym przekonałam się zaraz po projekcji, kiedy okazało się, że moich dwóch towarzyszy zupełnie nie podzielało mojego entuzjazmu. Nic dziwnego, skoro już sama programerka sekcji, Ewa Szabłowska, już w pierwszym zdaniu opisu w katalogu festiwalowym używa dosyć kontrowersyjnego stwierdzenia, że film „powinien wygrać nagrodę za najbardziej gonzo utwór tegorocznego festiwalu”. Opis ten wyraźnie wskazuje na to, jak bardzo trzeba być otwartym, żeby dzieło Facklera docenić.

Chore ptaki to opowieść o nieudanej wyprawie bandy uzależnionych od narkotyków wyrzutków społecznych ze Stanów Zjednoczonych do Gabonu. W afrykańskiej dżungli mają nadzieję odnaleźć roślinę o cudownych działaniach leczniczych i halucynogennych. Tej menażerii wiecznie odurzonej kwasem, oksydonem albo w najgorszym razie whisky i trawą nie trzeba dwa razy zachęcać do wycieczki na Czarny Ląd. Jeśli teorie o cudownym działaniu ibogi w leczeniu uzależnień miałyby okazać się mitem – bo taki był pierwotnie cel wyprawy – to przynajmniej bohaterowie poeksperymentują z kolejnym narkotykiem. Na miejscu grupa zostaje otoczona opieką guru anarchistyczno-mistycznej wspólnoty, złożonej zarówno z przedstawicieli ludności lokalnej, jak i z pochodzących z całego świata banitów na własne życzenie. Sytuacja wymyka się spod kontroli, jeszcze zanim nasi bohaterowie wybierają się do tajemniczej wioski w dżungli celem dokonania trzydniowej inicjacji. Uzależnieni od narkotyków członkowie grupy pozbawieni są wszelkich skrupułów i wykradają sobie nawzajem przywiezione z domu specyfiki. Pytanie o to, jak wiecznie zaćpani popaprańcy będą się zachowywali w trakcie wycieczki w głąb dzikiego lasu, pozostawię wyobraźni czytelników. Sytuacja oczywiście odbiega od z góry założonego przez reżysera planu: jeden z przewodników ucieka, drugi umiera, a pozostawiona sama sobie w środku dżungli grupa trafia na niezbyt przyjaźnie nastawionych tubylców. Okazuje się jednak, że to nie dżungla, dzicy ani duchy, w które wierzą wyznawcy kultu bwiti, są zagrożeniem, ale uczestnicy wyprawy sami dla siebie. Myślący wyłącznie o sobie i własnym odurzeniu, skonfliktowani, rozdzielają się, by osobno powrócić do punktu wyjścia.

Pozostaje jeszcze przedstawić głównych bohaterów tego teatru absurdu. Rolę symbolu upadłej ludzkości odgrywa Ross – były aktor komediowy i reklamowy, obecnie właściciel ekologicznej farmy, której głównym produktem jest marihuana. Ten wyznawca idei picia własnego moczu, paranoik, głoszący teorie spiskowe, w których kosmici mieszają się z polityką i filozofią zen, nawet w napisach końcowych występuje jako osobnik uzależniony od narkotyków. Jego antagonistą jest Sam, zaangażowany do filmu w roli kompozytora ścieżki dźwiękowej muzyk i poeta, bardziej jednak znany z nadużywania alkoholu i narkotyków, a także z tego, że jest – jak wielokrotnie podkreśla reżyser – zwyczajnym dupkiem. Pozostaje jeszcze sam Fackler, który bierze w całej historii czynny udział jako jeden z bohaterów, sam nie będąc lepszym od pozostałych.

A to właśnie jest Ross:

Patrick Mullen, autor jednej z niewielu pochlebnych recenzji Chorych ptaków, stwierdził, że jeśli istnieje film, który pokazuje, co dzieje się z ludzkim mózgiem po dragach, to film Facklera jest nim na pewno1. Dzieje się tak nie tylko za sprawą migotliwych animacji, które znamy już z kilku klasycznych dzieł przełomu lat 60-tych i 70-tych; film Facklera to przede wszystkim znakomite studium zachowań osób odurzonych i uzależnionych. Reżyser jest bezlitosny dla swoich bohaterów, w tym i dla siebie. Już samo przedstawienie Sama w filmie jest jednoznaczne – widzimy nagranie, na którym kompletnie naćpany chłopak bredzi nie wiadomo o czym. Ujęcie jest na tyle długie, by widz nie nabrał do postaci żadnej sympatii. Podobnie będzie z resztą bohaterów, którzy często mają już dosyć nieustannie towarzyszącej kamery – reżyser jak na złość nie przestaje filmować pomimo protestów, nawet jeśli zachowania uczestników wyprawy nie są godne pochwały. Tytuł niniejszego tekstu zaczerpnęłam też od Mullena – wydaje mi się trafnie streszczać cały dramat i absurd Chorych ptaków. Porzucenie martwego przewodnika w lesie może wydać się zbyt łatwe, ale czy ten brak empatii i koncentracja na sobie to nie typowe zachowanie człowieka uzależnionego? Sam w pewnym momencie porzuca swoją dziewczynę (Emily bierze udział w wyprawie jako tłumaczka), żeby móc w pełni oddawać się swojemu nałogowi. Nie wspominam już o innych zachowaniach bohaterów, jak kradzieże, pomówienia, czy odmowa współpracy z reżyserem.

Jednak to nie narkotyczne wizje i studium zachowań ludzkich ujęło mnie w filmie Facklera, ale dokumentalne mięso, które udało mu się przy okazji – świadomie lub nie – świetnie uchwycić. Chodzi mi o proces tworzenia i nieprzewidywalność dokumentu. Fackler zaczyna swój film, opowiadając o celu wyprawy: wyjechać do Gabonu, zbadać sprawę ibogi i kultu bwiti, który przypisuje jej boskie właściwości, przejść inicjację, wyleczyć siebie i kolegów z uzależnienia. Tymczasem historia wymyka się spod kontroli reżysera: nie udaje się dojść do wioski w dżungli, nie udaje się znaleźć prawdziwych wyznawców kultu, pozostaje tylko wersja light dla turystów. Sprawę komplikują bohaterowie, którzy wcale nie zachowują się zgodnie z planem: Sam i Ross nie zaprzyjaźniają się ze sobą, przeciwnie – popadają w coraz ostrzejszy konflikt na tle kradzieży oksydonu i innych zachowań, takich jak potajemne wyrwanie z ziemi korzenia ibogi. Ten pierwszy wcale nie pełni roli minstrela wyprawy, nie komponuje obiecanej muzyki; ten drugi ucieka z obrzędu inicjacyjnego, określając go jako kompletną bzdurę. Nie ma tu znaczenia, czy poszczególne wydarzenia przedstawione w filmie są prawdą, czy część z nich nie została zainscenizowana na potrzeby reżyserskiej wizji. To właśnie mijanie się z prawdą zarzucali obrazowi Facklera po projekcji moi towarzysze. Jednak mnie nie obchodzi to, czy spotkani w dżungli „tubylcy”, którzy zaatakowali bohaterów to inscenizacja czy prawda, czy cała wyprawa do dżungli nie była sfingowana, bo przecież trudno uwierzyć, żeby rozproszeni bohaterowie sami poradzili sobie w tropikalnym lesie. Tak samo jak nie pytam o nieszczęsne igloo, które Flaherty kazał Nanookowi zbudować w znacznie większym rozmiarze niż w rzeczywistości dla poprawienia dramaturgii przekazu. Zresztą reżyser zmusił swojego bohatera do wykonywania jeszcze kilku innych zadań nie mających nic wspólnego z rzeczywistymi praktykami Eskimosów, ale nie przychodzi nam do głowy, żeby ojca światowego dokumentu odrzucić jako szarlatana. Inscenizacja nie zmienia tu niczego, ponieważ Facklerowi udało się pokazać to, jak trudno zrobić dokument, jak łatwo stracić panowanie nad historią i bohaterami. A jeśli faktycznie miałby być to mockument, jak chcą niektórzy, jeśli historia w całości została zmyślona, to w tym kontekście tym lepiej dla Chorych ptaków.


Fotografia u góry: Chore ptaki umierają łatwo, reż Nick Fackler, Gabon / USA 2012, źródło: 13. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty.


1Pełny tekst recenzji Mullena można przeczytać tutaj.

Print Friendly