Ekstaza i zawrót głowy. Raportu z Idfy część 1.

Song from the Forest, reż. Michael Obert, Niemcy 2013

Wybrać się na największy festiwal dokumentalny na świecie na zaledwie kilka dni i być przy okazji fanem dokumentu interaktywnego to posunięcie bardzo ryzykowne. Bywalcy festiwali mają na wybranych imprezach swoje ulubione sekcje, pokazy, gatunki i twórców. Na Idfie chce się obejrzeć dosłownie wszystko – rozbudowany program festiwalu oczywiście to uniemożliwia. Pobyt w Amsterdamie przyprawia zatem o zawrót głowy, kiedy trudno się zdecydować, na co przeznaczyć niezwykle cenne tutaj dwie godziny; ataki paniki, kiedy brakuje już biletów na ten właśnie pokaz, który koniecznie trzeba zobaczyć; w końcu odczucia niemal ekstatyczne, bo dobrych momentów na tej imprezie nie brakuje.

International Documentary Film Festival Amsterdam to obecnie największa impreza poświęcona filmowi dokumentalnemu na świecie. To takie dokumentalne Cannes, z tą małą różnicą, że gwiazdy na czerwonym dywanie szpilki zastępują wygodnymi, znoszonymi butami, a ich życie nie stanowi przedmiotu zainteresowania plotkarskich gazet. Cóż, taka już specyfika gatunku i jego twórców, którzy w większości od błysków fleszy wolą ulice i zwykłych ludzi. To wcale nie oznacza, że w listopadzie Amsterdamu nie odwiedza nikt ważny. Przeciwnie – impreza kumuluje w sobie najważniejsze postaci branży dokumentalnej świata: reżyserów, producentów, redaktorów telewizyjnych, dystrybutorów, festiwalowych programerów. Kiedy Idfa powstawała w 1988 roku, nawet sami organizatorzy nie przypuszczali, że niszowe wydarzenie dla miłośników mało ówcześnie popularnej formy filmowej stanie się jednym z ważniejszych w branży filmowej. To dziś epicentrum dokumentalnego świata, wyznaczające trendy i nadające ton eksplodującemu gatunkowi. To tu swoje filmy dokumentalne pokazywali Herzog, Kramer, Ramos i Seidl a do gwiazd dołączyli w ostatnich latach tacy twórcy jak Kossakovsky czy Dworcewoj. Tegoroczna liczba prawie trzystu filmów i 200 tysięcy widzów – dziesięciokrotność danych z pierwszej edycji – to nie tylko znak sukcesu festiwalu, ale też świadectwo rosnącej popularności samego dokumentu.

Sukces Idfy przypisać należy jasno określonej wizji, która zakłada promocję i prezentację filmu dokumentalnego jak najszerszej publiczności – zaprzeczenie tradycyjnego myślenia o dokumencie jako niszy i przedmiocie zainteresowań wąskiego grona entuzjastów. Organizatorzy festiwalu postanowili gatunek przestać traktować jako gorszego kuzyna fabuły i podejść do niego z równą jej powagą. Od początku imprezie przyświecała idea kreatywnego filmu dokumentalnego – utworu artystycznego o wyraźnie widocznej wizji autora. Dokumentalizm jako sztuka jest tu wyraźnie odgraniczany od dziennikarstwa, którego celem jest bezstronna relacja. Kreatywny film dokumentalny opowiada o otaczającym świecie, jednak charakteryzują go w równym stopniu elementy artystyczne: oryginalność, warsztat, forma, ekspresja, wartość kulturowa i historyczna. Dobry dokument według organizatorów Idfy inspiruje do refleksji, a najlepsze filmy to te, które nie zostawiają widza obojętnym – angażują go, prowokują do działania, szokują. Prezentowany w Amsterdamie kreatywny dokument oczywiście nie musi być pozbawiony wymiaru społecznego, a aktualność i doniosłość poruszanych tematów pozostaje jedną z wyróżniających go cech. Ta mocna wizja i konsekwencja w jej realizacji zapewniły Idfie jakość programową i tym samym popularność wśród przedstawicieli branży filmowej i publiczności. Multipleksy w okolicy popularnego Rembrandtsplein, dokąd kilka lat temu przeniósł się festiwal w poszukiwaniu większej przestrzeni, pękają w szwach od pierwszego do ostatniego pokazu.

Film otwarcia, Return to Homs w reżyserii Talala Derki to niezwykła historia prosto z oka cyklonu syryjskiej rebelii. Bohaterami są tu 24-letni operator filmowy Ossama i dziewiętnastolatek Basset – charyzmatyczny bramkarz narodowej reprezentacji, który staje się głosem rewolucji za sprawą piosenek własnego autorstwa. Kiedy zawodzą pokojowe metody protestu, a miasto zamienia się w opuszczoną, szatkowaną seriami strzałów ruinę, Ossama i Basset przyłączają do grupy uzbrojonych rewolucjonistów. Kamera rejestruje dwa lata zmagań: od momentu, kiedy piłkarz swoimi piosenkami porywa tłumy na demonstracjach, po walki w opuszczonym mieście, kopanie grobów pod ostrzałem, załamanie, rany i bliską śmierć. Dramatyczny obraz uzupełnia niezwykle mocna ścieżka dźwiękowa: śpiew ptaków, strzały i śpiewane a capella piosenki Basseta. Jeden z dwójki producentów filmu, Syryjczyk Orwa Nyrabia, nazwał wydarzenia w swoim kraju nie rewolucją, a zbrojnym powstaniem przeciwko dyktaturze. Słowa te padły podczas spotkania poświęconego produkcji filmu, które odbyło się pod hasłem „Produkcja w niesprzyjających warunkach”. Zapytany o ubezpieczenie ekipy filmowej w odniesieniu do nazwy panelu, Nyrabia odpowiedział, że polisa ubezpieczeniowa to była jego obietnica złożona reżyserowi: jeśli umrzesz, zaopiekuję się twoimi dziećmi. Return to Homs powstał dla wspólnej sprawy, zrealizowany został przez zjednoczonych we wspólnej walce przyjaciół. Przy tym obrazie bledną opowieści o rewolucjach na Facebooku i zdjęciach wysyłanych z iPhone’a. Nic dziwnego, że film #chicagoGirl – The Social Network Takes on a Dictator o mieszkającej w USA syryjskiej studentce, sterującej rewolucją przez media społecznościowe, nie zrobił na mnie już takiego wrażenia. Cóż z tego, ze dziewczyna zaniedbuje studia i obdarzona ogromnym zaufaniem tysięcy ludzi, którzy nie widzieli jej na oczy przez większą część filmu wpatruje się w ekran swojego komputera.

http://www.youtube.com/watch?v=sN3fIrkggqc

Nagrodzony główną nagrodą dla filmu pełnometrażowego obraz Song from the Forest to kwintesencja promowanego przez Idfę dokumentu kreatywnego i zarazem dowód otwartości festiwalu na niekonwencjonalne opowieści i nowych twórców. Film zrealizowany przez dziennikarza, Michaela Oberta, który od 20 lat pisze o Afryce, Azji i Środkowym Wschodzie, jest powieścią o Nowojorczyku Louisie Sarno, od 25 lat żyjącym w środkowoafrykańskiej dżungli razem z plemieniem pigmejów Bayaka. Zawiodła go tam zasłyszana przed laty ich muzyka, którą potem latami rejestrował. Ostatnio zbiory sowich nagrań Sarno przekazał do Oksfordu. Tamtejsi antropolodzy są zachwyceni – żaden z badaczy nie przeniknął dotychczas do obcej kultury w takim stopniu jak Louis, który nie tylko nauczył się języka i zwyczajów Bayaka, ale założył też rodzinę. Ma też swoją funkcję w społeczności – troszczy się o chorych, zapewnia lekarstwa, udziela drobnego wsparcia finansowego. Obert towarzyszy z kamerą Louisowi i jego 12-letniemu synowi w drodze do Nowego Jorku. W rodzinnym mieście bohater wcale nie czuje się u siebie, za to widoczne stają się jego problemy finansowe i zdrowotne, stawiające pod znakiem zapytania jego przyszłość w dżungli.

Tegoroczny festiwal dowodzi, że tradycje kina bezpośredniego mają się całkiem nieźle. Świadczą o tym dwa przykłady, z których pierwszym jest wyczekiwany przeze mnie At Berkeley Frederika Wisemana. Mistrz tym tytułem powrócił do swojej serii portretów instytucji, tym razem uwagę zwracając na Uniwersytet Kalifornijski w Berkeley – palcówkę edukacyjną, zajmującą czołowe miejsca w światowych rankingach uczelni wyższych. W swoim czterogodzinnym dziele Wiseman portretuje placówkę, usiłując przedstawić jej kondycję w trudnej chwili kryzysu ekonomicznego. Cięcia publicznych dotacji i tym samym w budżecie uczelni odbijają się tak na jakości kształcenia jak i na dostępie do edukacji, która w USA staje się absurdalnie droga. Wiseman rejestruje tak posiedzenia rady uczelni jak wykłady z ekonomii (jeden z nich prowadzi Robert Reich – były Sekretarz Stanu do Spraw Pracy w rządzie Clintona, bohater filmu Nierówność dla wszystkich, w reżyserii Jacoba Kornblutha który polska publiczność mogła obejrzeć w październiku na American Film Festival, a teraz ma drugą szansę w czasie trwającego właśnie festiwalu Watch Docs), czy seminaria poświęcone społeczeństwu obywatelskiemu i demokracji. Kamera nie omija studenckiego protestu zakończonego okupacją budynku uniwersyteckiej biblioteki ani obnażającej bezradność władz uczelni wobec niepokornych żaków. Drugim przykładem świetnej kondycji kierunku obserwacyjnego jest obraz Ne Me Quite Pas duetu młodych holenderskich twórców, którzy dorastali w Belgii. Ich bohaterowie – Flamand Bob i Walończyk Marcel – tak naprawdę powinni się nienawidzić, ale – nie licząc rumu i wina, mają już tylko siebie. Przez pryzmat dna kolejnej szklanki patrzą, jak przez palce przecieka im życie, a alkohol pozbawia godności, pieniędzy i rodzin. Sabine Lubbe Bakker i Niels van Koevorden stworzyli pełen ciepła i poczucia humoru portret dwójki pijaków, zupełnie inny od pełnych patologii obrazów, które znamy z własnego podwórka. Oboje twórcy dorastali w Belgii, więc możemy im zaufać w kwestii wiedzy na temat tamtejszych antagonizmów na tle narodowościowym.

Program Idfy obfitował w mnóstwo fantastycznych historii takich jak Kismet w reżyserii Niny Marii Paschalidou, gdzie tureckie opery mydlane zaprezentowane są w roli kaganka oświaty i narzędzia emancypacji. Treści przemycane w scenariuszach tych kiczowatych, niezwykle popularnych tasiemców, prowokują do dyskusji na tematy dotychczas rzadko poddawane dyskusji w niektórych krajach: aranżowane małżeństwa, rola kobiety w społeczeństwie i relacjach damsko-męskich itp. Według autorki filmu seriale przyczyniły się do fali rozwodów wywołanej buntem niezadowolonych ze swojej sytuacji żon. W kategoriach emancypacyjnych pojawił się też świetny Light Fly, Fly High – dokument z happy endem, który ogląda się jak film fabularny. Bohaterka tej historii, urodzona jako „nietykalna”, należąca do jednej z najniższych kast, nie zgadza się na swój los na marginesie społeczeństwa. Dzięki zadziwiającemu uporowi osiąga sukces, chociaż wcale nie zostaje mistrzynią Indii w damskim boksie, jak to sobie wymarzyła. Tak, bohaterka tego filmu trenuje boks i jest w tym bardzo dobra. Ale ten fakt nie ma żadnego znaczenia dla skorumpowanych trenerów, traktujących swoje podopieczne jak darmowe prostytutki.

Węgierska reżyserka Anges Sós w swoim Stream of Love zaprasza do rozmowy o miłości i pożądaniu mieszkańców zapyziałej wioski w Transylwanii. Czas zatrzymał się tutaj w sensie podwójnym. Miejsce sprawia wrażenie, jakby Sós wybrała się w podróż w czasie przynajmniej do lat 50-tych. Jej bohaterowie, pomimo podeszłego wieku, są nadal takimi samymi niepoprawnymi romantykami i nieśmiałymi podlotkami, jak 60 lat temu. Ich otwartość w rozmowach o seksie zaskakuje. Kobiety przy robieniu gołąbków, z rekami w kapuście i uśmiechem na ustach wspominają przebieg swoich nocy poślubnych, zdecydowanie bliższy grotesce niż romantycznym chwilom. Panowie tymczasem spoglądają na nie, kalkulując na zimno, która nada się na dobrą towarzyszkę końcówki życia. Według mnie to jeden z bardziej interesujących dokumentów poświęconych erotyce. Temat jest ostatnio bardzo modny, ale – jak dowodzą przykłady – niełatwy. Nie będę rozpisywać się, jak bardzo znudziła mnie laurka dla porno BDSM, czyli rzekomo kontrowersyjny Kink. Obraz ten wydał mi się próbą usprawiedliwienia zainteresowaniami, które nie spotykają się z powszechną aprobatą, ale nie wniósł nic nowego do dyskusji ponad próbę oswojenia widza z widokiem pasów, łańcuchów i wiertarek używanych jako wibratory. Do obecności porno we współczesnym dokumentalizmie, a także jego roli w rozwoju technologii, powrócę w następnej części raportu. Ta w całości poświęcona będzie sekcji Doclab, czyli badaniom nad dokumentem w dobie interfejsu.


Zapraszam również do lektury mojej relacji w „Obiegu” – tam kilka słów o dokumentalnych obrzeżach. Możecie ją przeczytać tu.

Fot.u góry: Song from the Forest, reż. Michael Obert, Niemcy 2013, źródło: Idfa

Print Friendly