Dokumentalizm według Michaela Moore’a

Choć zakończony 14 września Toronto International Film Festival nie jest imprezą poświęconą dokumentowi, jego organizatorom nie przeszkadza to organizować corocznych spotkań profesjonalistów non-fiction. W ramach dwudniowej Doc Conference dyskutuje się o kondycji współczesnego dokumentu, o tym, jak dokumenty tworzyć, finansować, dystrybuować, analizuje się też nowe trendy i formy.

Doc Conference rozpoczął Manifest wygłoszony przez Michaela Moore’a – interesującą relację z tego przemówienia można przeczytać na blogu NFB. Nie ukrywam, że to dla mnie postać kontrowersyjna. Nie jestem fanką jego filmów, nie pochwalam niektórych stosowanych przez niego dokumentalnych praktyk, a szołmeńska poza autora zniechęca mnie do jego utworów. Trudno jednak odmówić mu wkładu w popularyzację gatunku dokumentalnego – popularność jego Zabaw z bronią była imponująca jak na rok 2003. Sukces komercyjny kolejnych jego utworów z pewnością poszerzył nieco widownię filmów dokumentalnych.

W swoim Manifeście Moore mówił wiele rzeczy – zdawałoby się – oczywistych. Warto pamiętać, że reżyser wygłasza te tezy z perspektywy amerykańskiego rynku filmowego. Jego słowa mówią wiele nie tylko o samym podejściu Moore’a do dokumentalizmu, ale także o całym środowisku twórców zza oceanu. Polskiemu odbiorcy tych słów, przyzwyczajonego do stawiania na kino autorskie, zachęta do tworzenia filmów osobistych wyda się mało rewolucyjna. W kilku punktach trudno jednak nie przyznać kontrowersyjnemu reżyserowi racji.

Autor Zabaw z bronią postuluje zerwanie z określeniem „dokumentalista”, nazywając się po prostu filmowcem. Argumentuje to w ten sposób, że Martin Scrosese przecież nie nazywa się „fikcjonalistą”. Nie mogę się z tym nie zgodzić, sama sama często określam mianem dokumentu także eksperyment i właściwie wszystko, co nie zawiera fabularnej narracji.W końcu chodzi o filmy i opowiadanie o czymś, a nie o gatunki, podziały i szufladki. Tym bardziej, że granice tych podziałów coraz bardziej się zacierają. Kilka tygodni temu zachwalałam nawet rezygnację z rozgraniczeń gatunkowych na tegorocznych Nowych Horyzontach, co wydaje mi się świetnym rozwiązaniem i konsekwencją linii programowej tej imprezy (choć nie wszyscy się ze mną zgodzili – znajomej, unikającej wszystkiego co niefabularne, to rozwiązanie utrudniło dokonywanie festiwalowych wyborów).

Wracając do Moore’a: on nawet filmy o Boracie nazywa dokumentami – istnienie scenariusza uważa za jedyny czynnik rozróżniający je od fabuły. Nie byłabym taka pewna, czy to właściwe podejście. W wielu dokumentach (np. tych zwanych kreacyjnymi) liczy się właśnie scenariusz, a jeśli nie, to przywiązuje się ogromną wagę do okresu preprodukcyjnego i bardzo precyzyjnych przygotowań. Bogdan Dziworski na swojej masterclass w trakcie ostatniego Krakowskiego Festiwalu Filmowego ubolewał, że to jednak coraz rzadsza dziś praktyka, ustępująca spontaniczności twórczej. Odnoszę jednak wrażenie, że w pojmowaniu dokumentu autora Zabaw z bronią nie zmieszczą się jednak dzieła Dziworskiego ani nawet krajana Moore’a, Jamesa Benninga, którego konceptualne filmy nie powstają przecież ad hoc. Wymienione przeze mnie nazwiska to postaci ślizgające się po granicach dokumentu i eksperymentu, artyści podważający swoją twórczością tradycyjne podziały: zdecydowanie łatwiej nazywać ich filmowcami niż dokumentalistami.

Drugą istotną sprawą, na którą zwraca uwagę Moore, jest fakt, że współczesne dokumenty zamieniły się w uniwersytecki wykład i – co gorsza – mówią często rzeczy oczywiste. Rzeczywiście, niefikcjonalna produkcja zza oceanu bardzo często drażni banałem, jednostronnym pokazaniem problemu i przeplatanką ekspertów wygłaszających zdania potwierdzające tylko tezę reżysera. Ciekawe, że bardzo rzadko filmy te dążą do skonfrontowania stanowisk dwóch stron konfliktu, co jest jedną z podstawowych metod dokumentalnych, nauczanych w szkołach filmowych (przynajmniej w Polsce). Oczywiście znajdą się tu wyjątki, jak na przykład poświęcony konfliktowi wokół budowy farmy wiatrowej na Atlantyku Cape Spin. Odnoszę jednak wrażenie, że większość twórców rozmawia tylko ze swoimi zwolennikami, antagonistów pozostawiając w bezpiecznej izolacji: ich stanowisko poznajemy najczęściej z materiałów archiwalnych. Warto zwrócić uwagę, że Moore poleca filmowcom rozmawiać z tymi, z którymi wcale się nie zgadzają.

Reżyser ma sporo racji, ponieważ masowo powstają pełnometrażowe filmy edukacyjne, propagandowe, w najlepszym razie filmy-encyklopedie, które służyć mogą jedynie do poszerzania wiedzy ogólnej. Przyznać trzeba, że niektóre z nich są całkiem interesujące (pamiętam np. świetny Inside Job, sprawnie wyjaśniający mechanizm światowego kryzysu ekonomicznego). Najgorzej wypadają natomiast te, w których teza pojawia się już w trakcie ekspozycji (czyli pozostałe 75 minut służy już tylko jej udowodnianiu). Moore mówi tu o pewnym szacunku dla widowni, a dla mnie to właśnie stanowi objaw jego braku. Odbiorca sam z przyjemnością wyciągnąłby sensowne wnioski po obejrzeniu całego utworu, ale po co marnować półtorej godziny, skoro po 5 minutach już wiadomo, o co tu chodzi i kto jest zły. Tak było w przypadku filmu Gasland, z którym wiązałam ogromne nadzieje w trakcie naszego lokalnej dyskusji o gazie łupkowym, a nie dowiedziałam się w zasadzie niczego poza tym, że z kilku kranów w Kansas leci brudna woda (bo o tym, że korporacje są złe i zwykli ludzie z nimi nie wygrają, wiedziałam już wcześniej).

Na koniec jeszcze dwie istotne rzeczy, na które zwraca uwagę Moore. Po pierwsze: brak poczucia humoru: to stąd napuszony ton wykładu, stąd oczywistość informacji. To brak dystansu twórców do samych siebie, własnego dzieła i tematu, o którym opowiadają. Po drugie: dźwięk. Moore mówi o tym, że wielu autorów ogranicza jego rolę do ilustrowania wywodu, tymczasem jako nośnik informacji i opowiadania dźwięk może niekiedy zastąpić lub wyręczyć obraz, szczególnie w sytuacjach, gdy tego ostatniego brakuje.

Inaugurujący wykład Moore’a podobno został przyjęty bardzo entuzjastycznie. Bardzo żałuję, że nie mogłam być ani na nim, ani na pozostałych częściach konferencji. Mogę sobie jedynie o tym wszystkim poczytać. Nie chodzi o wycieczkę do Toronto, w którym nigdy nie byłam. Po prostu zazdrość mnie zżera na myśl o tym, jak poważnie w ojczyźnie Faherty’ego traktuje się dokument. Równocześnie zastanawiam się, kiedy tak poważnej imprezy i dogłębnej dyskusji doczekamy się w kraju Karabasza.

Print Friendly