Dwa dokumenty, dla których warto było pojechać na Nowe Horyzonty

Manakanama, reż. Staphanie Spray i Pancho Velez

Nowe Horyzonty były dla mnie w tym roku krótkie, ale bardzo intensywne. Brakowało mi mojej ulubionej sekcji „Dokumenty, eseje”, z której w tym roku zrezygnowano, włączając nieliczne pozycje dokumentalne do „Panoramy”. W zakamarkach festiwalowego programu znaleźć można było sporo interesujących propozycji dokumentalnych, niemniej tęskniłam za filmami tego niszowego cyklu, na które widownia reagowała na dwa sposoby: całkowitą obojętnością albo też pełną obecnością na sali kinowej. Nie było tu żadnych stanów pośrednich, chyba że chodziło o pokazy tytułów Jamesa Benninga – sława nazwiska przyciągała niczego nieświadomy tłum, wysączający się później po cichutku z seansu. Wytrawni znawcy pozostawali jednak twardo na swoich stanowiskach do końca filmu.

Rezygnacja z gatunkowego rozróżnienia – choć początkowo wprowadzająca poczucie dezorientacji – to ostatecznie całkiem niezłe posunięcie w obliczu formalnej samowoli i nieokreśloności nowohoryzontowych filmów. W przypadku bardzo wielu z nich trudno o jednoznaczną kwalifikację, a niektóre próby przyporządkowania tytułów do jakichś większych zbiorów mogą okazać się nietrafne. Zastanawiam się, czy to nie pewien komunikat do festiwalowej widowni, sugestia, że wyodrębnianie gatunkowych sekcji nie ma większego sensu. Oglądajmy po prostu filmy, rozmawiajmy o nich, a nie skupiajmy się na tym, czy to fabuła, dokument, eksperyment, docu-fiction czy bóg wie co jeszcze.

15 storn świata, reż. Zuzanna Solakiewicz

15 storn świata, reż. Zuzanna Solakiewicz

Tyle o braku, teraz o bogactwie, jakie przyniósł konkurs filmów o sztuce – tym razem otwarty na formy nie tylko dokumentalne, choć to one nadal dominowały. „15 stron świata” Zuzanny Solakiewicz był pierwszym filmem, który zobaczyłam na tegorocznych Nowych Horyzontach i muszę przyznać, że trudno o lepsze rozpoczęcie pobytu we Wrocławiu. Ten obraz poświęcony twórczości Eugeniusza Rudnika oglądałam z początku z pewną rezerwą, automatycznie oczekiwałam utartych już schematów opowiadania o artystach. Nic z tego. Solakiewicz nie proponuje widzowi klasycznego biograficznego filmu o wielkim twórcy, ale własną, wizualną interpretację jego muzyki. Zadanie miała niełatwe, bo Rudnik to współtwórca legendarnego Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia, człowiek który – jak czytamy w opisie filmu – „za pomocą pary nożyczek i taśmy magnetycznej zrewolucjonizował muzykę.”

W filmie mało jest rozmów z bohaterem, jego wypowiedzi zastępują często czytane przez reżyserkę dawne zapiski twórcy i refleksje o muzyce i dźwięku. Na całość składają się głównie wizualne, abstrakcyjne impresje na temat utworów Rudnika. Solakiewicz w wywiadach podkreśla, że chodziło jej o znalezienie sposobu na wizualne odzwierciedlenie dźwięku. Zainspirował ją sam Rudnik, który jako artysta pracujący z medium analogowym postrzega dźwięk jako coś fizykalnego: to materialny przedmiot w postaci taśmy magnetycznej, można go zobaczyć czy nawet dotknąć.

15 storn świata, reż. Zuzanna Solakiewicz

15 storn świata, reż. Zuzanna Solakiewicz

W efekcie powstał film równie eksperymentalny i abstrakcyjny jak muzyka, o której opowiada. Zbudowany jest na zasadzie kolażu podobnie jak utwory Rudnika. Po premierowym pokazie ktoś na widowni zwrócił uwagę na fakt, że film swą budową przypomina sonatę. Solakiewicz udało się też nawiązać do samego analogowego medium taśmy magnetycznej poprzez zarejestrowanie obrazu na taśmie 16mm. Choć film pokazywany był z kopii cyfrowej, doskonale widoczne były kontrasty, kolory i wyjątkowe ziarno, które tak rzadko mamy dziś szansę oglądać. To odwołanie do technologii, w jakiej pracował Rudnik odbywa się również na poziomie dźwięku: początkowo słychać tradycyjne stereo, które przechodzi w dźwięk 5.1, kiedy utwory Rudnika, nagrane jeszcze w mono, stają się stereofoniczne.

15 storn świata, reż. Zuzanna Solakiewicz

15 storn świata, reż. Zuzanna Solakiewicz

Nowego dzieła Sensory Ethnography Lab oczekiwałam z niecierpliwością. Co ciekawe, „Manakanama” Stephanie Spray i Pancho Veleza był kręcony, podobnie jak „15 stron świata”, na taśmie 16mm. Ten obserwacyjny dokument zabiera widza w niekończącą się, hipnotyczną wycieczkę kolejką linową do znajdującej się na szczycie stromej góry legendarnej świątyni. Przez cały czas trwania filmu kamera nie opuszcza wagonika górskiej kolejki i obserwuje podróżujących. Do niedawna pielgrzymka do świątyni Manakanamy – bogini spełniającej życzenia – wiązała się z trzydniową, wyczerpującą wspinaczką, która była częścią całego rytuału. Powstanie kolejki linowej zmieniło to doświadczenie z aktywnego na pasywne, a pielgrzymi stali się zwykłymi pasażerami.

Spray i Velez umieścili kamerę w wagoniku kolejki. Obiektyw obserwuje podróżnych, którzy patrzą widzowi prosto w twarz. Usadowiony w fotelu kinowym widz czuje, jakby siedział w tym wagoniku ze starym, zmartwionym małżeństwem, wiozącym kurę do złożenia w ofierze, z młodą dziewczyną, wracającą z pamiątkowym bukietem, dwiema turystkami, młodzieńcami z zespołu metalowego w czarnych koszulkach, zajętych pstrykaniem zdjęć, muzykami, grającymi na tradycyjnych instrumentach, czy w końcu ze stadkiem kóz w specjalnej klatce do przewożenia zwierząt. W pierwszej części filmu obserwujemy skupionych, pełnych oczekiwania pielgrzymów, jadących do świątyni; w drugiej – jadących w dół, zrelaksowanych, spełnionych, rozgadanych.

Manakanama, reż. Staphanie Spray i Pancho Velez

Manakanama, reż. Staphanie Spray i Pancho Velez

Film składa się z kilkunastu ujęć, z których każde trwa około 10-11 minut – tyle samo co rolka taśmy 16mm i podróż kolejką w jedną stronę. Za bohaterami monotonnie przesuwa się krajobraz, który nigdy nie ukaże się w całości – zawsze będzie to fragment widziany przez szyby, częściowo przesłonięty przez bohaterów. Wzrok widza skupia się jednym z dwóch elementów obrazu: twarzy bohatera albo sunącym monotonnie krajobrazie, ale nigdy na obu naraz. Przejścia pomiędzy poszczególnymi historiami są niewyczuwalne – czujemy się tak, jakbyśmy cały czas siedzieli w wagoniku. To powolne tempo podróży, monotonny rytm i brak wizualnych atrakcji powodują całkowite skupienie na sytuacji i na bohaterze, z którym właśnie podróżujemy.

Moją uwagę zwróciły jeszcze pozycje z dokumentalnego pogranicza. Chodzi mi o Księcia Karola Radziszewskiego i Zjazd Absolwentów Anny Odell (zwycięzca konkursu filmów o sztuce) – tytuły te balansowały gdzieś pomiędzy dokumentalizmem a fikcją, inscenizacją, a obserwacją zastanej rzeczywistości, artystyczną kreacją a wiernością faktom. Niekiedy trudno było dociec, co zdarzyło się na prawdę, a co jest efektem fantazji albo rekonstrukcji. I ta nieoczywistość była ich atutem tych tytułów, które relację opowiadania filmowego do rzeczywistości stawiały w nietypowym świetle.

Fot. u góry: Manakanama, reż. Staphanie Spray i Pancho Velez

Print Friendly